Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Post Type Selectors

Tomasz Sobania: „Najważniejsze jest to, żeby zrobić pierwszy krok”

Rozmowy
09 sierpnia 2026
Foto: RogiFilms

50 maratonów, 50 stanów i zaledwie 49 dni. Tomasz Sobania dokonał czegoś, co jeszcze niedawno mogło wydawać się niemożliwe. Po ubiegłorocznym biegu przez Stany Zjednoczone wrócił do Ameryki z kolejnym ekstremalnym wyzwaniem – jeszcze bardziej intensywnym i wymagającym fizycznie.

Za imponującymi liczbami kryją się jednak ból, brak snu, kontuzje, chwile zwątpienia, tysiące kilometrów podróży i ogromna determinacja. Były też niezwykłe spotkania, wsparcie ludzi poznanych po drodze i emocje, których nie da się zamknąć w sportowych statystykach.

W rozmowie z Zza Oceanu Tomasz Sobania opowiada o najtrudniejszych momentach wyprawy, walce z własnymi słabościami, spotkaniu z legendą ultramaratonów Deanem Karnazesem, rekordzie, który pojawił się w jego głowie dopiero w trakcie wyzwania, oraz o tym, czego po raz kolejny nauczyła go Ameryka. Zdradza również, że już myśli o następnym celu – siedmiu maratonach na siedmiu kontynentach w sześć dni.

Rok temu przemierzałeś Stany Zjednoczone w zupełnie innej formule, a w tym roku przebiegłeś 50 maratonów w 50 stanach w 49 dni. Które wyzwanie było trudniejsze – fizycznie i psychicznie?

To były dwa zupełnie różne wyzwania. Pierwszy bieg przez Amerykę był, wydaje mi się, trudniejszy pod względem psychicznym. Fizycznie również był bardzo wymagający – w końcu przebiegłem 125 maratonów – ale przynajmniej co jakiś czas miałem jeden dzień wolnego. Miałem też pewien zapas czasu, więc organizm nie był aż tak skrajnie wyczerpany. Psychicznie było jednak bardzo ciężko. Już sama świadomość, że mam przebiec cały kontynent, była przytłaczająca. Z każdym kolejnym tygodniem zmęczenie mentalne stawało się coraz większe.

Tegoroczne wyzwanie było natomiast zdecydowanie trudniejsze fizycznie. Nie miałem ani jednego dnia przerwy, pojawiły się problemy ze snem, do tego dochodziły ciągłe zmiany temperatur i stref czasowych. Intensywność była naprawdę ogromna. Z drugiej strony psychicznie znosiłem to znacznie lepiej. Miałem wrażenie, że czas mijał szybciej, a ja sam mentalnie czułem się dużo lepiej niż podczas pierwszego biegu przez Amerykę.

Przy tak intensywnym wyzwaniu ogromną rolę odgrywa przygotowanie organizmu. Czy lata biegania i wcześniejsze wyprawy pomogły Ci poradzić sobie z codziennym wysiłkiem?

W ubiegłym roku, podczas poprzedniej wyprawy, właściwie każdy dzień wyglądał podobnie – wstawałem, biegłem dalej i niewiele się zmieniało, a jeśli już, to stopniowo. Tym razem było zupełnie inaczej. Zmian było bardzo dużo i praktycznie każdy dzień wyglądał inaczej. Na szczęście mój organizm radził sobie z tym dobrze. Mam już wiele lat doświadczenia w bieganiu, również podczas wypraw po całej Europie, więc organizm jest w pewnym stopniu przyzwyczajony do tak dużego wysiłku. Myślę, że właśnie to doświadczenie bardzo mi pomogło.

Kiedy porównujesz oba projekty, w którym częściej musiałeś walczyć z samym sobą, a w którym bardziej z warunkami na trasie?

W obu projektach musiałem bardzo mocno walczyć z samym sobą – ze słabością własnego ciała, ze zwątpieniem i z momentami, kiedy byłem tak zmęczony, że po prostu nie chciałem już tego dalej robić. Trudno jednoznacznie powiedzieć, podczas którego projektu tej wewnętrznej walki było więcej. Wydaje mi się jednak, że bieg przez Amerykę był mimo wszystko trudniejszy. To był ekstremalnie długi projekt, który z każdym kolejnym tygodniem coraz bardziej mnie wyczerpywał – zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Więcej o tym, co działo się wtedy ze mną i jak wyglądała ta walka, można przeczytać w mojej książce, która ukazała się w czerwcu tego roku.

Co zaskoczyło Cię najbardziej podczas tegorocznego biegu, czego nie doświadczyłeś rok wcześniej?

Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak bardzo mi się to spodobało. Okazało się, że można połączyć podróżowanie z bieganiem maratonów i praktycznie każdego dnia być w zupełnie innym miejscu. Każdy dzień przynosił nowe wrażenia i doświadczenia. Zaskoczyło mnie też to, że mimo ogromnego zmęczenia i tak dużej intensywności całego wyzwania potrafiłem się tym wszystkim cieszyć. Było naprawdę ciężko, a jednocześnie dawało mi to mnóstwo satysfakcji.

View this post on Instagram

A post shared by Tomasz Sobania (@tomasz_sobania)

Czy dzięki doświadczeniom z poprzedniej wyprawy inaczej przygotowałeś się do tegorocznego wyzwania?

Największą zmianą był mój zespół. Podczas poprzedniej wyprawy przez USA miałem bardzo mały team i mnóstwo rzeczy musiałem robić sam. Po całym dniu biegania nadal czekały na mnie telefony, e-maile, organizowanie kolejnych etapów i miast oraz wiele innych spraw związanych z wyprawą. Tym razem dużą część tych obowiązków przejął mój team. Dzięki temu mogłem skoncentrować się przede wszystkim na bieganiu, regeneracji i kolejnym maratonie. Myślę, że miało to również ogromny wpływ na moje samopoczucie psychiczne. Oczywiście od pewnego momentu i tak byłem skrajnie wyczerpany, pojawiły się kontuzje i chwile niepokoju. Gdybym jednak oprócz tego wszystkiego musiał wykonywać jeszcze całą pracę organizacyjną, którą zajmowałem się podczas poprzedniej wyprawy, byłoby zdecydowanie trudniej.

View this post on Instagram

A post shared by Tomasz Sobania (@tomasz_sobania)

Gdybyś miał wskazać jeden moment z obu wypraw, który zostanie z Tobą na zawsze, jaki by to był?

Myślę, że byłoby to Chicago podczas biegu przez USA. To było dla mnie spełnienie jednego z największych sportowych marzeń. Jako sportowiec zawsze marzyłem o tym, żeby znaleźć się na swego rodzaju arenie, wśród tłumu ludzi, robiąc coś naprawdę ważnego. Chciałem poczuć się trochę jak sportowiec-gladiator w centrum wydarzeń. Wcześniej nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. I właśnie wtedy, kiedy biegłem przez Chicago, poczułem to po raz pierwszy. Wokół było mnóstwo ludzi, przez miasto biegłem w eskorcie policji, wyły syreny, a ludzie wychodzili ze sklepów, żeby zobaczyć, co się dzieje. Za mną powiewały polskie i amerykańskie flagi, a ja byłem w samym środku tego całego zamieszania, realizując największe wyzwanie swojego życia.

Foto: IG @ tomasz_sobania

To był dokładnie ten moment, o którym zawsze marzyłem jako sportowiec. I myślę, że zostanie ze mną na zawsze.

Podczas wyprawy miałeś okazję spotkać się z legendą ultramaratonów, Deanem Karnazesem. Jak wspominasz to spotkanie i co najbardziej zapadło Ci w pamięć?

Spotkanie z Deanem było czymś naprawdę wyjątkowym. To człowiek, który w pewnym sensie zainspirował mnie do tego, co dzisiaj robię. Kiedy go poznałem, sam już wcześniej zacząłem podejmować podobne wyzwania, ale to właśnie on pokazał mi, że takie rzeczy są możliwe. Że to nie jest głupi pomysł czy jakiś wymysł, z którego nic nie wyjdzie, ale coś, co naprawdę można robić i w czym można się spełniać.

Dla mnie było to trochę jak spotkanie z mistrzem. Dean od lat jest dla mnie przykładem i wzorem do naśladowania. Może zabrzmi to trochę na wyrost, ale w pewnym sensie postrzegam go nawet jak sportowego ojca – kogoś, kto swoją drogą pokazał mi, że można przekraczać granice i realizować rzeczy, które dla innych wydają się niemożliwe.

Nie ma chyba drugiej osoby w świecie sportu, która miałaby na mnie tak duży wpływ jak on. Dlatego to spotkanie było dla mnie naprawdę wyjątkowe.

Po dwóch wyprawach przez Stany – czego nauczyła Cię Ameryka, a czego nauczyli Cię spotkani na trasie ludzie?

Trudno powiedzieć, czego dokładnie nauczyła mnie Ameryka. Chyba przede wszystkim tego, że wszystko jest możliwe. Zawsze można spotkać kogoś, kto wyciągnie do Ciebie rękę, pomoże Ci albo w ciągu pięciu minut zmieni Twoje życie. To jest naprawdę niesamowite i właśnie w Ameryce takie rzeczy się zdarzają.

A ludzie? Od nich dostałem przede wszystkim ogrom życzliwości. Nauczyłem się, że można być dobrym dla drugiego człowieka niezależnie od tego, czy wcześniej się go znało, czy nie. Spotykałem Amerykanów, którzy potrafili okazać mi niesamowitą dobroć, mimo że widzieli mnie pierwszy raz w życiu. To było naprawdę wspaniałe.

W tym roku 50 maratonów, 50  stanów, 50 (49) dni… Czy zdarzył się dzień, kiedy naprawdę zwątpiłeś, że uda Ci się ukończyć całe wyzwanie?

Tak. Był podczas tej wyprawy taki moment, kiedy wręcz szukałem wymówki, żeby skończyć. Dotarło do mnie, że gdybym powiedział, że ze względu na zdrowie postanawiam przerwać bieg, każdy by to zrozumiał. Nie musiałbym nikomu niczego tłumaczyć ani mieć do siebie pretensji. Znalazłem sobie więc usprawiedliwienie, które mógłbym łatwo przedstawić innym. Na szczęście właśnie wtedy zauważyłem, że ludzie wokół mnie w ogóle nie myślą o tym, żeby się poddać. Rozmawiałem z moją ekipą. Byłem wykończony, miałem kontuzję i bałem się, że będzie jeszcze gorzej. Później rozmawiałem też z moją psycholog. Nie mówiłem wprost, że chcę zrezygnować, ale trochę badałem grunt – chciałem zobaczyć, czy oni mi na to pozwolą. I nikt nie powiedział: „OK, Tomek, dla zdrowia wracamy do domu, nie biegnij dalej”. Oni nawet nie brali takiej możliwości pod uwagę. Wtedy zrozumiałem, że ja też nie mogę się poddać. To było niezwykle budujące. Oni cały czas we mnie wierzyli i ta wiara bardzo mi pomogła.

Czy decyzja o zakończeniu projektu w 49 dni była spontaniczna, czy dojrzewała w Tobie od początku wyprawy?

Jeszcze przed wyjazdem do USA rozmawiałem z moim fizjoterapeutą o możliwości wcześniejszego zakończenia biegu. To on pierwszy mi to zaproponował. Ja jednak nie chciałem w ogóle o tym myśleć, dopóki nie przetrwam pierwszego tygodnia. A ten pierwszy tydzień był bardzo trudny – loty na Alaskę i Hawaje, mnóstwo logistyki i wiele rzeczy, które mogły się po drodze posypać. Na szczęście wszystko się udało. Po tym ekstremalnym tygodniu nadal czułem się dobrze i wtedy dotarło do mnie, że być może jestem w stanie pobić rekord Deana Karnazesa. Uznałem więc, że jeśli wszystko nadal będzie szło tak dobrze, spróbuję zakończyć cały projekt w 49 dni. Chcę jednak podkreślić, że nie było to zaplanowane przed rozpoczęciem wyprawy. Ten pomysł narodził się dopiero w jej trakcie, właśnie po tym pierwszym, bardzo ciężkim tygodniu.

Czy myśl o rekordzie świata dodawała Ci motywacji, czy raczej nakładała dodatkową presję?

Myśl o rekordzie świata zdecydowanie mnie motywowała. Wiedziałem, że może to być coś, co zmieni moje życie. Zdawałem sobie też sprawę z tego, jak bardzo rekord może zmienić całą historię tego biegu i nadać temu wyzwaniu jeszcze większe znaczenie. Dlatego było to dla mnie bardzo ważne i dawało mi dodatkową motywację.

View this post on Instagram

A post shared by Tomasz Sobania (@tomasz_sobania)

Jak radziłeś sobie z bólem, zmęczeniem i brakiem snu?

To długa historia, ale na pewno bardzo pomogły mi wszystkie doświadczenia z poprzednich biegów. Nie pierwszy raz znajdowałem się w sytuacji, w której bolało, byłem zmęczony i musiałem mimo wszystko iść dalej.

Jako sportowiec po prostu godzę się z tym, że będzie bolało, że będę zmęczony i że momentami będzie bardzo ciężko. Oczywiście nigdy nie jest to przyjemne, ale traktuję to jako cenę, którą muszę zapłacić za osiągnięcie swojego celu.

Podczas tej wyprawy radziłem sobie z tym naprawdę dobrze. Szczerze mówiąc, chyba nawet lepiej niż podczas niektórych wcześniejszych wyzwań.

Zdjęcie z mamą na mecie poruszyło wiele osób. Jakie emocje kryją się za tym jednym kadrem?

To były przede wszystkim ogromne emocje, ulga i poczucie bezpieczeństwa. Kiedy znalazłem się w ramionach mamy, poczułem, że już wszystko jest dobrze. Że nic mi nie grozi i nic nie może się już nie udać.

Foto: FB @ Anna Sobania

Sam fakt, że moja mama była tam, na mecie, miał dla mnie ogromne znaczenie. Po tych wszystkich tygodniach wysiłku znalazłem się chyba w najlepszym możliwym miejscu – właśnie w ramionach mamy. W tamtej chwili wiedziałem już, że naprawdę mogę odetchnąć.

Jak zmieniało się Twoje ciało podczas tych 49 dni?

Na początku straciłem około 3,5 kilograma, ale później moja waga się ustabilizowała. Z czasem robiłem się jednak coraz chudszy i jeszcze bardziej wyżyłowany. Organizm oczywiście cały czas odczuwał skutki tak ogromnego, codziennego wysiłku.

Co powiedziałbyś osobie, która marzy o wielkich wyzwaniach, ale boi się zrobić pierwszy krok?

Powiedziałbym jej, żeby zaczęła właśnie od małych kroków. Wielkie marzenia są wspaniałe i naprawdę można je realizować, ale trzeba wytrwale na nie pracować.

Sam przekonałem się, że z każdego miejsca na świecie można dotrzeć w każde inne miejsce – zarówno dosłownie, jak i w przenośni. To wszystko jest kwestią czasu, pracy i konsekwencji. Najważniejsze jest to, żeby zrobić pierwszy krok, a później każdego dnia robić kolejny.

Czy po tak ogromnym sukcesie myślisz już o kolejnym projekcie? A jeśli tak, czy będzie jeszcze bardziej szalony?

Tak, już myślę o kolejnym projekcie. Mam pomysł, żeby przebiec maraton na każdym kontynencie i zrobić to najszybciej w historii. Siedem maratonów, siedem kontynentów i sześć dni. To byłoby moje kolejne wielkie wyzwanie.

Czy czujesz, że dziś jesteś już nie tylko biegaczem, ale także motywatorem i ambasadorem odwagi?

Zdecydowanie. Tak naprawdę nigdy nie chciałem być tylko biegaczem. Bieganie jest dla mnie narzędziem do czegoś znacznie większego. Zawsze chciałem być motywatorem, ambasadorem odwagi i człowiekiem, który swoim przykładem inspiruje innych do działania. Chcę pokazywać ludziom, że mogą zrobić więcej, niż im się wydaje, i że warto mieć odwagę, żeby realizować swoje marzenia.

Coraz więcej osób inspirujesz do działania. Czy myślisz o rozwijaniu działalności coachingowej lub mentoringowej?

Tak, zdecydowanie o tym myślę. Chcę rozwijać działalność coachingową i jeszcze mocniej realizować się jako mówca motywacyjny. W pewnym sensie już nim jestem, ale chciałbym robić to na coraz większą skalę.

To jest mój plan na życie – podróżować po świecie, występować na dużych wydarzeniach i docierać do coraz większej liczby osób. Chciałbym inspirować miliony ludzi i pokazywać im, że mogą więcej, niż sami o sobie myślą.

Gdybyś mógł spędzić jeden dzień z dowolną osobą na świecie, kogo byś wybrał i dlaczego?

Jedną z takich osób byłby David Goggins. I to chyba dlatego, że wiem, że ten jeden dzień byłby naprawdę trudny. Ale jestem bardzo ciekawy, co on robi, że potrafi tak mocno ze sobą walczyć, przekraczać własne granice i cały czas się motywować. Myślę, że takie spotkanie mogłoby być dla mnie bardzo inspirujące. Chciałbym się od niego czegoś nauczyć, a później spróbować wykorzystać to we własnym życiu.

Czy masz marzenie niezwiązane ze sportem, które chciałbyś jeszcze spełnić?

Chciałbym nauczyć się surfować. Mam nawet taki plan, żeby polecieć na Teneryfę i właśnie tam spróbować swoich sił na desce. Myślę, że byłoby super!

Tomku, dziękujemy za rozmowę i jeszcze raz gratulujemy tego niezwykłego osiągnięcia! Teraz pozostaje nam czekać na relację z Teneryfy i pierwsze próby na desce. Życzymy przede wszystkim dużo zdrowia, niekończącej się energii i powodzenia w realizacji kolejnych – sportowych i tych całkiem prywatnych – marzeń. Do zobaczenia na kolejnej trasie!

Warto także śledzić Tomka w mediach społecznościowych, gdzie dzieli się swoimi sportowymi wyzwaniami, pokazuje kulisy niezwykłych wypraw i zdradza plany na kolejne projekty. Jeśli chcecie zobaczyć, co szykuje dalej – koniecznie zajrzyjcie na jego profile!

Tomasz Sobania w mediach społecznościowych:
Facebook | Instagram | TikTok | YouTube


Dodaj komentarz