Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Post Type Selectors

Michał Modrzyński o jazzie, emocjach i muzyce bez granic

Rozmowy
29 września 2022
Foto: IG @maciek.skowronek

Jazz, muzyka klasyczna, fusion, elektronika i improwizacja — Michał Modrzyński swobodnie porusza się pomiędzy różnymi muzycznymi światami, nie zamykając się w jednym gatunku. Pianista, kompozytor, aranżer i lider Michał Modrzyński Trio opowiada Zzaoceanu.com o swojej drodze do muzyki, pierwszych fascynacjach, pracy nad własnym brzmieniem i o tym, dlaczego w muzyce równie ważne jak warsztat są emocje, relacje i wspólny oddech zespołu.

W kwietniu 2026 roku Michał Modrzyński Trio zdobyło Grand Prix Konkursu na Indywidualność Jazzową im. Wojtka Siwka, odbywającego się w ramach 62. festiwalu Jazz nad Odrą. To prestiżowe wyróżnienie przyznano całemu zespołowi, doceniając jego wspólną muzyczną wizję i artystyczną osobowość. To jednak tylko jeden z etapów muzycznej drogi Michała Modrzyńskiego. W rozmowie z Zzaoceanu.com artysta wraca do początków, opowiada o fortepianie, jazzie, nauczycielach, improwizacji, inspiracjach i planach na przyszłość.

Michale, pamiętasz moment, w którym po raz pierwszy pomyślałeś: „Chcę być muzykiem”? Ile miałeś wtedy lat?

Moja przygoda z muzyką zaczęła się znacznie wcześniej, jeszcze w dzieciństwie. Przez kolejne lata uczyłem się w szkole muzycznej, rozwijałem warsztat pianistyczny i wykonywałem przede wszystkim muzykę klasyczną. To właśnie ta edukacja stworzyła fundamenty mojego późniejszego rozwoju.

Myślę jednak, że moment, w którym po raz pierwszy świadomie pomyślałem: „Chcę być muzykiem”, przyszedł na początku gimnazjum. Zbiegło się to z moimi znajomościami z osobami, które przyjeżdżały z różnych krajów, a nawet kontynentów. Te spotkania dodatkowo motywowały mnie do intensywniejszej pracy nad sobą i rozwijania umiejętności.

Szczególnie fascynowały mnie młode osoby z Chin, które przyjeżdżały tutaj, żeby się szkolić. Były w moim wieku albo nawet młodsze, a potrafiły już tak wiele. To było dla mnie wielkim odkryciem i bardzo mnie motywowało — żeby ćwiczyć, rozwijać się, grać, a później także tworzyć.

W tamtym czasie grałem jeszcze głównie muzykę klasyczną. To właśnie w pierwszych latach gimnazjum pojawiła się u mnie myśl, że muzyka jest czymś, czym naprawdę chcę się zajmować.

Z czasem granie na instrumencie przestało być dla mnie obowiązkiem. Nawet takie drobne sytuacje w domu rodzinnym, kiedy przyjeżdżali goście i mogłem coś zagrać, zaczęły sprawiać mi prawdziwą przyjemność. Nie czułem już: „Ktoś przyjechał, więc muszę zagrać”. Wręcz przeciwnie — naprawdę chciałem to robić i pokazać innym, czym się zajmuję i co potrafię.

Do tego stopnia, że czasem słyszałem: „Okej, Michał, dziękujemy, już wystarczy”, a ja nadal chciałem grać. I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy poczułem, że to naprawdę jest moje.

Dlaczego właśnie fortepian? To była Twoja decyzja czy na początku bardziej decyzja rodziców lub nauczycieli?

Wszystko zaczęło się od kościoła ewangelicznego — proszę nie mylić z ewangelickim — z którego się wywodzę i z którym nadal jestem związany.

Pamiętam dwie osoby, które pozwolę sobie nazwać klawiszowcami. Fascynowały mnie ich energia, swoboda i przede wszystkim to szczęście, które było widać w ich oczach podczas grania. To właśnie oni stali się dla mnie pierwszą inspiracją, żeby w ogóle pójść w stronę muzyki. A ponieważ grali na instrumentach klawiszowych, naturalnym wyborem stał się fortepian.

Myślę, że była to przede wszystkim moja decyzja. Najpierw pojawiła się moja fascynacja, a rodzice, widząc tę potrzebę, po prostu pomogli mi ją rozwijać. Zaprowadzili mnie w odpowiednie miejsca i dali mi możliwość sprawdzenia się.

Na początku trafiłem do Miejskiego Domu Kultury. Z relacji moich rodziców wiem jednak, że pani, która mnie przesłuchiwała, powiedziała im wręcz, że powinni koniecznie wysłać mnie do szkoły muzycznej, a nie do MDK-u. I tak później wszystko się potoczyło.

Kiedy w Twoim życiu pojawił się jazz i co sprawiło, że właśnie ten gatunek stał Ci się szczególnie bliski?

Muzyka rozrywkowa, w tym jazz, pojawiła się w moim życiu mniej więcej na początku liceum. W kościele, o którym wspominałem wcześniej, odbywały się koncerty gospelowe, podczas których śpiewałem w chórze jako tenor.

Wtedy zaczęły mnie fascynować rytmika, harmonia, cały ten groove i to, jak wszystkie elementy muzyki łączą się ze sobą. Bardzo mocno działała na mnie również energia pomiędzy muzykami.

Naturalnie zacząłem dążyć do tego, żeby nie tylko śpiewać, ale również samemu grać. Eksperymentowałem, próbowałem różnych rzeczy, a później przyszła już bardziej świadoma edukacja muzyczna.

Czy był artysta albo konkretny album, po którego usłyszeniu zacząłeś zupełnie inaczej patrzeć na muzykę?

Być może trochę zaskakująco, ale była to muzyka klasyczna, a konkretnie Karol Szymanowski.

Kiedy myślę o okresie gimnazjum i liceum, o wykonywaniu muzyki klasycznej i rozwijaniu warsztatu, szczególnie zapadł mi w pamięć jeden utwór — Etiuda b-moll op. 4 nr 3.

Wspominam pracę nad tym utworem i jego wykonywanie jako coś w pewnym sensie przełomowego. Otworzył mnie na inne przeżywanie muzyki i na większą emocjonalność podczas grania.

Spośród utworów, z którymi miałem kontakt w tamtym okresie, właśnie tę etiudę wskazałbym jako szczególnie ważną dla mojego rozwoju.

Studiowałeś fortepian jazzowy w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy u prof. Krzysztofa Herdzina i dr. Adama Lemańczyka. Czego nauczyli Cię jako muzyka, czego nie da się nauczyć tylko z nut i podręczników?

Nauczyli mnie przede wszystkim pewnego sposobu myślenia o muzyce. Tego, żeby rzeczy, które robię, komponuję czy tworzę, były spójne, logiczne i przemyślane, a jednocześnie miały w sobie pierwiastek zaskoczenia i nieszablonowości.

Chodzi o to, żeby samemu dostrzegać w muzyce wewnętrzną spójność, ale równocześnie zachowywać własny charakter i wplatać w nią cząstkę siebie.

Nie dotyczy to zresztą wyłącznie komponowania, ale również improwizacji. Z nut i podręczników możemy nauczyć się teorii czy zasad muzyki, natomiast oni pokazali mi sposób myślenia — chociażby tworzenie fraz i myślenie frazą.

Robiliśmy również różnego rodzaju ćwiczenia, które pomagały opanować formę utworu w niekonwencjonalny sposób. Powiedziałbym więc, że nauczyli mnie jako muzyka przede wszystkim tego, jak myśleć o tworzeniu, komponowaniu i improwizowaniu.

Jak powstało Twoje trio i według jakiego klucza dobierałeś muzyków?

Trio powstało bardzo naturalnie. Najpierw poznałem Tymka — jeszcze przed studiami, przy okazji jednego z koncertów. Obaj byliśmy wtedy właściwie na początku swojej drogi i jeszcze wielu rzeczy nie byliśmy świadomi.

Później, już na studiach, poznałem Norberta. Zaczęliśmy wspólnie grać, początkowo realizując zadania związane z nauką, ćwicząc konkretne utwory i przygotowując materiał na zaliczenia. Niedługo później dołączył do nas Tymek. Wszystko wydarzyło się bardzo szybko, w ciągu zaledwie kilku miesięcy, a może nawet miesiąca czy dwóch.

Tymek nie studiował wtedy razem z nami jazzu. Był jeszcze studentem kontrabasu klasycznego, więc jego udział w naszym składzie nie był czymś oczywistym.

Wszystko zaczęło się od wspólnych zadań, ćwiczenia konkretnych utworów i przygotowywania materiału na zaliczenia.

Nie dobierałem więc muzyków według z góry określonego klucza, w rodzaju: „Mam swoją muzykę i potrzebuję dokładnie takiego basisty czy takiego perkusisty”. Ten skład powstał sam, bardzo organicznie.

Podobnie jest z muzyką, którą tworzymy. Ona również powstaje w naturalny sposób — jako połączenie naszych różnych fascynacji, inspiracji i doświadczeń.

Foto: FB @ Michał Modrzyński Trio, zdjęcie: Filip Śmigielski

Jak opisałbyś komuś, kto jeszcze Was nie słyszał, muzykę Michał Modrzyński Trio?

Powiedziałbym, że jest to muzyka dość nieoczywista. Ma wiele wspólnego ze stylistykami, które nie każdemu od razu kojarzą się z jazzem — chociażby z muzyką rockową czy po prostu z bardziej rytmicznymi formami.

Jest też dość złożona i momentami wymaga uwagi oraz skupienia, jeśli ktoś chce naprawdę wejść w jej strukturę i ją zrozumieć.

Nie chciałbym jednak zamykać jej w żadnej szufladce, bo każdy może słuchać muzyki tak, jak chce i jak lubi. Można ją po prostu odbierać, doświadczać jej przez samo słuchanie — i to również może być wystarczające.

Dodałbym jeszcze, że mimo tej złożoności zależy nam, aby główne melodie i tematy były śpiewne i przyjemne dla ucha. Same kompozycje i ich główne tematy są mojego autorstwa — to fundament naszej muzyki. Następnie wspólnie z Tymkiem i Norbertem pracujemy nad aranżacjami, nadając tym utworom ostateczny kształt i charakter.

Zależy nam na tym, żeby z jednej strony muzyka miała w sobie głębię i złożoność, a z drugiej pozostawała komunikatywna dla słuchacza.

View this post on Instagram

A post shared by Michał Modrzyński (@modrzynski_)

Łączysz akustyczne brzmienie z elektroniką i poruszasz się w obszarze nowoczesnego fusion. Skąd wzięła się potrzeba eksperymentowania właśnie w tym kierunku?

Myślę, że po raz kolejny użyję słowa „naturalnie”, bo rzeczywiście przyszło to dość naturalnie.

Wywodzę się z muzyki klasycznej, czyli stricte z fortepianu akustycznego — dla mnie najpiękniejszego instrumentu. Spędziłem przy nim wiele lat i tysiące godzin. To właśnie ten instrument jest mi najbliższy i daje mi chyba największe możliwości ekspresji, wyrażania siebie. Ważne są dla mnie również jego fizyczne właściwości — sposób, w jaki dźwięk rezonuje i wypełnia przestrzeń.

Elektronika pojawiła się z kilku powodów. W pewnym stopniu była to po prostu potrzeba posiadania instrumentu przenośnego, z którym można przyjechać na próbę czy zagrać koncert w miejscu, gdzie nie ma fortepianu akustycznego.

Znacznie ważniejsza była jednak inspiracja Adamem Lemańczykiem i jego podejściem do poszukiwania brzmienia. Adam pokazał mi, jak szerokie możliwości daje łączenie tradycyjnego myślenia o fortepianie z nowoczesnymi instrumentami elektronicznymi.

To właśnie ten kierunek stał się dla mnie szczególnie interesujący. Zacząłem coraz bardziej świadomie przyglądać się różnym barwom dźwięku i możliwościom, jakie oferują instrumenty klawiszowe. Nie chodziło wyłącznie o zastępowanie fortepianu akustycznego elektroniką, lecz także o poszukiwanie nowych środków wyrazu i budowanie własnej palety brzmień.

Ostatecznie jest to więc dla mnie połączenie dwóch światów — fortepianu akustycznego z elektroniką oraz moich własnych poszukiwań w zakresie brzmienia i emulacji różnych instrumentów. Pomyślałem: dlaczego tego nie połączyć? Dlaczego nie szukać pomostu pomiędzy tymi światami?

Foto: Fb @ Eljazz

Czy zdarzyło Ci się stworzyć coś podczas improwizacji na koncercie i później pomyśleć: „To powinno stać się utworem”?

Chyba nie miałem jeszcze takiej sytuacji. Wynika to przede wszystkim z tego, czym jest dla mnie improwizacja — szczególnie w kontekście tria.

To coś, czego nie da się do końca opisać słowami. Wspólna improwizacja jest zupełnie innym procesem myślowym niż wykonywanie wcześniej zapisanej muzyki, chociażby klasycznej.

Nie polega na matematycznym kalkulowaniu: co mogę zagrać, czego nie mogę, co powinienem, a czego nie powinienem. Bardziej chodzi o próbę wspólnego opowiedzenia historii i zmierzania w jednym kierunku. Oczywiście wykorzystujemy przy tym — bardziej lub mniej świadomie — techniki i różnego rodzaju zagadnienia, które wcześniej ćwiczymy.

Właśnie dlatego nie jest to dla mnie proces na tyle świadomy, żebym po koncercie, jeszcze w emocjach, potrafił dokładnie odtworzyć jakąś konkretną frazę i później na jej podstawie stworzyć kompozycję.

Mogę zapamiętać emocje, które mi w danym momencie towarzyszyły, ale bardzo rzadko pamiętam dokładną frazę. Dlatego improwizacja inspiruje mnie raczej emocjonalnie niż wprost jako materiał do nowego utworu.

Foto: Fb @ Pałace Ostromecko

Gdzie szukasz inspiracji poza muzyką? Czy wpływają na Ciebie miejsca, ludzie, podróże, film albo codzienne sytuacje?

Oczywiście. Bardzo ważnym źródłem inspiracji są dla mnie ludzie i prywatne relacje, które potrafią wywołać emocje na tyle silne, że później chcę je wyrazić w muzyce.

Przykładem może być moja jeszcze niewydana kompozycja „To Be Loved”, która dźwiękami opisuje, co dla mnie oznacza bycie kochanym. Jest to trochę przewrotne podejście, bo częściej opowiada się o emocjach osoby zakochanej w kimś drugim. Ja chciałem spojrzeć na to z drugiej strony — uchwycić to, jak sam czuję się, będąc kochanym.

Inspiracją bywają też dla mnie bardziej techniczne czy „ćwiczebne” założenia. Przykładem jest utwór „Misnderstanding”, dostępny m.in. na Spotify. Punktem wyjścia była tam ostinatowa figura w prawej ręce, którą słychać już na początku i która później przewija się przez dużą część utworu oraz główne tematy.

Czasami więc inspiracją jest potrzeba eksplorowania konkretnego pomysłu muzycznego i znalezienia równowagi pomiędzy założeniem technicznym a spójnością całej kompozycji.

Jeżeli chodzi o podróże czy konkretne miejsca, czekam jeszcze na takie doświadczenie, które bezpośrednio stanie się początkiem utworu.

Zazwyczaj moje kompozycje otrzymywały tytuł dopiero na samym końcu — jako rezultat tego, z czym dana muzyka mi się kojarzyła. Ostatnio staram się jednak pracować także odwrotnie. Najpierw pojawia się słowo, zdanie albo pewna myśl, którą mam z tyłu głowy, a dopiero później dopisuję do niej muzykę. Tak właśnie powstało „To Be Loved”.

Kwiecień 2026 roku przyniósł ogromny sukces — wraz ze swoim trio zdobyłeś Grand Prix 62. festiwalu Jazz nad Odrą i tytuł Indywidualności Jazzowej. Co czułeś, kiedy usłyszałeś werdykt?

Może najpierw opowiem, w jaki sposób się o tym dowiedzieliśmy, bo to miało znaczenie.

Przesłuchania odbywały się rano, mniej więcej około godziny 11:00 czy 12:00, a później każdy zespół czekał na telefoniczną informację od organizatorów. Około 15:00 czy 16:00 byliśmy już na obiedzie i właściwie pogodziliśmy się z tym, że chyba się nie udało.

W pewnym momencie zadzwonił mój telefon. Kiedy zobaczyłem, że dzwoni organizatorka, dosłownie zamarło mi serce. Zatrzymałem chłopaków, którzy akurat o czymś rozmawiali, i tylko pokazałem im ekran: „Hej, dzwoni ta osoba”.

Odebrałem, a pani bardzo spokojnym głosem powiedziała, że zaprasza nas na soundcheck przed koncertem laureatów, ponieważ decyzją jury wygraliśmy konkurs.

Nie mogliśmy w to uwierzyć. Po chwili przyszła taka zupełnie dziecięca euforia. Koledzy z zespołu poprosili mnie nawet, żebym zadzwonił jeszcze raz i upewnił się, czy na pewno dobrze usłyszałem.

Kiedy dostaliśmy potwierdzenie, pojawiła się ogromna radość, euforia, ale też poczucie spełnienia. I nie chodziło wyłącznie o samą nagrodę, choć oczywiście zdobycie Grand Prix tak prestiżowego konkursu było dla nas czymś niezwykłym.

Dla mnie osobiście było to również spełnienie pewnych „młodzieńczych” marzeń — choć brzmi to trochę przewrotnie, kiedy ma się zaledwie 24 lata! [śmiech]. Już od początku studiów marzyłem o tym, żeby stworzyć taki konkretny skład, grać własne kompozycje i realizować się artystycznie właśnie w tej formule.

Nie ukrywam, że czasami zdarzało mi się nawet odczuwać zazdrość, kiedy obserwowałem innych muzyków czy zespoły, które już realizowały podobne projekty. Sam bardzo chciałem dojść do takiego momentu.

Włożyłem w nasze trio naprawdę mnóstwo serca i pracy. Nie chodziło tylko o samo napisanie kompozycji, ale również o niezliczone próby, odsłuchiwanie nagrań, analizowanie tego, co zagraliśmy, i szukanie sposobów na poprawienie nawet najdrobniejszych szczegółów. Czasami były to rzeczy, których przeciętny słuchacz być może nawet świadomie nie zauważy, ale dla mnie miały ogromne znaczenie.

Dlatego ta nagroda była czymś więcej niż tylko konkursowym sukcesem. Była potwierdzeniem, że droga, którą obraliśmy wspólnie z Tymkiem i Norbertem, ma sens. Że cały czas, energia, emocje i zaangażowanie, które włożyliśmy w ten projekt, naprawdę prowadzą nas w dobrym kierunku.

I chyba właśnie to poczucie spełnienia, obok ogromnej radości, było dla mnie najważniejsze.

Foto: FB @ Jazz nad Odrą

Jury oceniało nie tylko wykonanie, ale również Waszą muzyczną osobowość. Jak myślisz, co wyróżniło Wasze trio spośród pozostałych artystów?

To bardzo trudne pytanie, bo nie chciałbym zabrzmieć nieskromnie. Tym bardziej że zespoły, których mieliśmy okazję słuchać, grały naprawdę fenomenalnie. Były bardzo zgrane i prezentowały bardzo wysoki poziom.

Mogę natomiast powiedzieć, co usłyszeliśmy od komisji. Jury zwróciło uwagę na to, że słychać u nas wspólny cel i że brzmi to tak, jakbyśmy grali razem od bardzo dawna.

I chyba właśnie to można uznać za coś ważnego — tę wspólnotę w graniu, wspólny kierunek i zgranie zespołu.

2 sierpnia w Bydgoszczy odbył się koncert „JoseSong: Tribute to Anna Jantar” w ramach cyklu Rzeka Muzyki. Byłeś jego kierownikiem muzycznym i autorem aranżacji. Czy był utwór Anny Jantar, który okazał się dla Ciebie szczególnie trudny albo interesujący aranżacyjnie?

Na pewno bardzo interesujący aranżacyjnie był utwór „Nic nie może wiecznie trwać” — jeden z największych klasyków w repertuarze Anny Jantar.

Zainteresował mnie przede wszystkim ze względu na treść, którą niesie, oraz na relację pomiędzy tekstem a samą muzyką. W moim odczuciu oryginalna warstwa muzyczna jest w pewnym sensie kontrastowa wobec tekstu i właśnie to stało się dla mnie punktem wyjścia.

Chciałem trochę inaczej spojrzeć na połączenie tekstu, melodii i instrumentacji. Sam oryginał ma bardzo charakterystyczne brzmienie, z dużym wykorzystaniem syntezatorów. Słychać w nim też wyraźne inspiracje zachodnią muzyką tamtego okresu.

To właśnie zestawienie tekstu z melodią i brzmieniem sprawiło, że ten utwór był dla mnie szczególnie ciekawy aranżacyjnie.

Jak znaleźć granicę między szacunkiem do oryginału a odwagą potrzebną do stworzenia zupełnie nowej interpretacji?

Myślę, że przede wszystkim trzeba dobrze znać kontekst i świadomie zdecydować, jaką rolę ma spełniać dana aranżacja.

Inaczej podchodzi się do koncertu typu „tribute to…”, który ma być przede wszystkim wydarzeniem dla publiczności znającej te utwory, chcącej dobrze się bawić i być może wrócić wspomnieniami do swojej młodości, a inaczej do projektu, którego założeniem jest całkowite przearanżowanie repertuaru.

To właśnie kontekst wyznacza granicę.

Można pójść w stronę całkowitego odwrócenia utworu do góry nogami i pokazać własne rozumienie tekstu czy frazy albo zachować jego podstawowy charakter, zmieniając przede wszystkim instrumentację i dodając własne elementy wynikające z muzycznej wrażliwości.

Trzeba więc znać oryginał, rozumieć jego tradycję, dobrze poznać relację pomiędzy tekstem a muzyką, ale też cały czas pamiętać, dla kogo i po co powstaje dana aranżacja. Czy ma przede wszystkim realizować moje ambicje artystyczne, czy też służyć ludziom, którzy przyszli na koncert, żeby przeżyć coś przyjemnego i dobrze spędzić czas.

Jesteś jednocześnie pianistą, kompozytorem, aranżerem, kierownikiem muzycznym i pedagogicznie związany jesteś z Akademią Muzyczną. Która z tych ról jest Ci dziś najbliższa?

Najbliżej jest mi chyba do roli pianisty i lidera. Zdecydowanie skłaniam się w stronę wykonawstwa.

Lubię przewodzić i brać odpowiedzialność za zespół. Myślę, że jest to w pewnym sensie część mojej osobowości. Oczywiście nie chodzi mi o rozkazywanie czy jakąś formę dyktatury, ale o tworzenie własnych rzeczy, podejmowanie decyzji i branie odpowiedzialności za finalny efekt.

Bardzo ważne jest dla mnie również wyrażanie siebie poprzez instrument i możliwość wykonywania własnej muzyki, prezentowania swoich myśli i swojej wrażliwości.

Lubię powtarzać, że kompozycje są moje, ale muzyka jest nasza. Tworzymy ją przecież wspólnie z Tymkiem i Norbertem. Każdy z nas wnosi do zespołu własną osobowość, doświadczenia, pomysły i wrażliwość muzyczną. To właśnie dzięki tej współpracy moje kompozycje nabierają ostatecznego kształtu i stają się muzyką naszego tria.

Oczywiście ktoś musi podjąć finalną decyzję i wziąć odpowiedzialność za całość, ale efekt zawsze jest wspólny.

Nie umniejszam przy tym żadnej z pozostałych ról. Wszystkie są dla mnie ważne i staram się wykonywać je najlepiej, jak potrafię. Dzisiaj jednak najbardziej spełnia mnie właśnie rola pianisty i lidera.

Foto: Fb @ Michał Modrzyński

Z kim — z Polski lub ze świata — najbardziej chciałbyś kiedyś zagrać?

To trochę podchwytliwe pytanie, bo zależy, czy mówimy o trio, czy szerzej o moich muzycznych ambicjach.

Jeżeli chodzi o trio, bardziej niż konkretne nazwiska interesuje mnie możliwość rozwijania jego formuły i poszerzania składu.

Miałem już okazję spróbować czegoś takiego podczas mojego recitalu dyplomowego w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, kiedy kończyłem studia magisterskie z fortepianu jazzowego. Zagraliśmy wtedy kilka moich kompozycji w większym składzie — z saksofonem tenorowym, trąbką, gitarą elektryczną i dodatkowymi instrumentami perkusyjnymi.

To doświadczenie otworzyło mnie na myśl, że w przyszłości moglibyśmy nagrać lub wykonać część materiału właśnie w rozszerzonym składzie.

Jeśli chodzi o konkretnych artystów, zarówno w Polsce, jak i na świecie jest wiele osób, z którymi ciekawie byłoby zrobić jakiś featuring, szczególnie z udziałem instrumentów solowych czy gitarzystów. Nie chciałbym jednak wskazywać jednego konkretnego nazwiska.

Gdybyś nie został muzykiem — kim mógłbyś zostać?

Kilka razy już o tym myślałem, czasami zupełnie żartobliwie w rozmowach ze znajomymi.

Są trzy zawody, które przychodzą mi do głowy: fryzjer, mechanik samochodowy i kucharz.

Każdy z nich ma w sobie coś, co jest mi bliskie. Wszystkie wiążą się w pewien sposób z pracą manualną, a ja bardzo lubię robić coś własnymi rękami.

Myślę, że w każdym z tych zawodów mógłbym znaleźć pewne spełnienie i taką trochę dziecięcą frajdę — czy byłoby to przygotowywanie jedzenia, naprawianie samochodów, czy praca fryzjera, która dodatkowo daje bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem.

Foto: Fb @ Jazz nad Odrą

I na koniec: co chciałbyś powiedzieć osobom, które po przeczytaniu tego wywiadu po raz pierwszy wpiszą w wyszukiwarkę „Michał Modrzyński” i włączą Twoją muzykę?

Przede wszystkim — miłego odbioru! [śmiech]

Chciałbym, żeby słuchacze mieli świadomość, że słuchają muzyki stworzonej przez człowieka — przez jego ręce, umysł, emocje i doświadczenia. Każdy z nas niesie ze sobą pewien bagaż życiowy i emocjonalny, a moja muzyka jest również wynikiem wielu lat pracy, różnych doświadczeń, porażek i zwycięstw — zarówno tych małych, jak i większych.

Jeśli moja muzyka Wam się podoba, obserwujcie moje profile, piszcie, co o niej myślicie, dzielcie się swoimi opiniami i wspierajcie mnie jako artystę, jeśli rzeczywiście do Was przemawia.

Chciałbym też podkreślić, że Michał Modrzyński to nie tylko trio. Są również inne projekty i nie chciałbym być zamykany wyłącznie w jednej formule. Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele lat grania i tworzenia różnych rzeczy.

A jeśli ten wywiad czyta jakiś muzyk albo ktoś zainteresowany współpracą, featuringiem czy wspólnym projektem — nie gryzę! [śmiech]. Jestem otwarty na współpracę i różne muzyczne kooperacje.

Dziękujemy za rozmowę, szczerość i podzielenie się z czytelnikami Zzaoceanu.com swoją muzyczną historią, inspiracjami i spojrzeniem na twórczość.

Zachęcamy do poznania muzyki Michała, wyszukania jego utworów na platformach streamingowych oraz śledzenia Michała w mediach społecznościowych. To właśnie tam można znaleźć informacje o nowych nagraniach, koncertach, projektach i kolejnych muzycznych współpracach.

YouTube: @michamodrzynski9750

Instagram: @modrzynski_

Facebook: Michał Modrzyński

Facebook: Michał Modrzyński Trio

Spotify: Michał Modrzyński


Dodaj komentarz