Robert Lewandowski po raz pierwszy wybiegł na boisko w Toronto jako piłkarz Chicago Fire. I trudno było wyobrazić sobie bardziej widowiskowy debiut Polaka na BMO Field.

Nie było zwycięstwa. Nie było też spokojnego meczu. Był za to futbol, który przez 90 minut wymykał się wszelkim scenariuszom. Toronto FC i Chicago Fire strzeliły po cztery gole, a gospodarze uratowali remis dopiero w doliczonym czasie gry.
Wynik 4:4 mówi właściwie wszystko — i jednocześnie niewiele.
Bo tego wieczoru w Toronto wydarzyło się naprawdę dużo.
Najważniejszym nazwiskiem na stadionie był oczywiście Robert Lewandowski. Polski napastnik, który jeszcze niedawno występował w Barcelonie, po raz pierwszy przyjechał do Toronto jako zawodnik Chicago Fire. Wcześniej zdążył już zdobyć cztery gole w MLS, a przed spotkaniem z Toronto miał na koncie również trafienie w poprzednim meczu z Seattle.
W Toronto dołożył kolejne.

Zanim jednak Polak wpisał się na listę strzelców, na boisku działo się bardzo wiele. Chicago objęło prowadzenie już w 13. minucie po golu Marena Haile-Selassiego. Toronto odpowiedziało jednak w najlepszy możliwy sposób.
Wtedy rozpoczął się wielki wieczór Josha Sargenta.
Napastnik Toronto zdobył dwie bramki jeszcze przed przerwą, a po zmianie stron dołożył trzecią. Jego pierwszy w karierze hat-trick w MLS wydawał się prowadzić gospodarzy do zwycięstwa.
Chicago nie zamierzało jednak się poddać.

Haile-Selassie zdobył swoją drugą bramkę, a po samobójczym trafieniu obrońcy Toronto na tablicy pojawił się wynik 3:3.
I wtedy nadeszła 63. minuta.
Robert Lewandowski.

Polak znalazł się w odpowiednim miejscu przed bramką Toronto i zrobił to, co przez całą swoją karierę robił najlepiej — wykorzystał moment, w którym obrońcy zostawili mu choć odrobinę przestrzeni.
4:3 dla Chicago.

Dla Lewandowskiego była to piąta bramka w MLS.
Właśnie dlatego jego pierwszy występ w Toronto miał szczególny charakter. Nie był to mecz, w którym Polak musiał samodzielnie ciągnąć cały zespół. Chicago miało swój plan, a Lewandowski był jednym z jego najważniejszych elementów. Kiedy pojawiła się okazja, był dokładnie tam, gdzie powinien.
Toronto jednak nie powiedziało ostatniego słowa.
W drugiej minucie doliczonego czasu gry Derrick Etienne Jr. doprowadził do wyrównania. BMO Field eksplodowało z radości, a szalony mecz zakończył się wynikiem 4:4. Toronto przedłużyło tym samym swoją serię spotkań bez porażki do sześciu.

Osiem goli, hat-trick Sargenta, trafienie Lewandowskiego i dramatyczna końcówka.
Trudno było o lepszą reklamę MLS.
Dla Toronto był to wieczór straconej szansy na zwycięstwo, ale jednocześnie kolejny dowód charakteru zespołu, który potrafił wrócić do meczu w najtrudniejszym momencie. Dla Chicago — kolejny punkt w walce o miejsce w play-offach.
A dla polskich kibiców w Toronto był to przede wszystkim wieczór wyjątkowy.
Robert Lewandowski po raz pierwszy zagrał w tym mieście jako piłkarz Chicago Fire. I choć nie wyjechał z Toronto z trzema punktami, zrobił to, na co czekało wielu kibiców.

Strzelił gola.
A resztę dopisał jeden z najbardziej szalonych meczów sezonu.
-Peter Figura
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.